Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, listopada 13, 2007

Nowaa Kreeejdżinaa ! - recenzja

Mieć talent, a odpowiednio go wykorzystywać to dwie zupełnie inne sprawy. Craig David zawsze miał z tym ogromne problemy. Po znakomitym przyjęciu przez krytykę i słuchaczy debiutanckiego albumu Born To Do It, przyszła pora na bardzo proamerykańki Slicker Than Your Average, którym Craig miał dogonić takich tuzów R&B jak np. Usher. Na próżno. Tak to jest, gdy próbuje się wwieść drewno do lasu. Na The Story Goes... było jeszcze gorzej, tylko jakby nieco w drugą stronę. Mogliśmy na nim usłyszeć spopiałego, zagubionego Craiga, który nie mógł zdecydować, czy chce być pięknym chłopcem z boybandu czy wokalistą R&B. Po porażce ostatniego albumu było wiadome, że następna płyta będzie jego być lub nie być, ostatnią szansą, by zostać potraktowanym poważnie i zdobyć zaufanie publiczności. Czy po przesłuchaniu nowego wydawnictwa Trust me, można w końcu zaufać Craigowi? Zobaczmy.


Album otwiera nieszczęsne Hot Stuff (Let's dance), nad którym już na soulbowlu płakałam. Jedno trzeba przyznać temu kawałkowi, jest tak skoczny i łatwo wpadający w ucho, że w końcu i ja musiałam się poddać. Taneczne rytmy ani na chwilę nie opuszczają Trust me. Przy dwóch następnych utworach - latynoskim 6 of 1 Thing oraz mocno inspirowanym Kool & The Gangiem Friday Night - trudno utrzymać nogi w ryzach. Craig wyhamowuje przy Awkward - pięknym, niezwykle sentymentalnym utworze ze starej dobrej soulowej szkoły. Towarzyszy mu intrygująca, zaledwie 16-letnia Rita Ora - czyżby nowa gwiazda na horyzoncie? Następne w kolejce są bujające Just a Reminder oraz bardzo Craigowe (w pozytywnym znaczeniu) Officially Yours. Nie rozumiem tylko, czemu te 2 utwory znalazły się na albumie obok siebie, ponieważ lekko zlewają się ze sobą. Następnie w Kinda Girl For Me, jako któryś już z kolei (!), Craig sięga po nieśmiertelny sampel z utworu You Are Everything The Stylistics, co wychodzi mu zaskakująco wdzięcznie. Teraz pora na absolutny dynamit, moje numero uno tego albumu, czyli She's on Fire. Mocno inspirowany reggae podkład, a do tego rapujący z karaibskim akcentem Craig - bezcenne ! Chciałoby się słyszeć więcej takiej nieprzewidywalnej, różnorodnej Krejdżiny. Przejdźmy teraz do Don't Play with our Love, kolejnego utworu nagranego na Kubie, co bezsprzecznie słychać. Bez wątpienia trzeba ten album pochwalić za to, że w dobie dusznych Timbalandowych beatów, koncentruje się on na żywych instrumentach, sekcji dętej. Ale nie zatrzymujmy się. Kolejny przystanek to najbardziej dziwaczy, najbardziej ,,odstający" od reszty albumu utwór Top of the Hill. ,,Na pierwszy rzut ucha" to zwykła balladka. Po powtórnym przesłuchaniu brzmi jednak równocześnie niezmiernie tanio-popowo, trochę country'owo, a w chórkach wręcz Beatlesowsko ! Istne dziwy. Kawałek z gatunku takich, które albo się lubi, albo wymiotuje na ich dźwięk. Ja kupiłam Craiga Beatlesa, teraz czekam na album w stylu indie. Żarcik. A teraz pora na deser. A jest nim znany już, ale nadal gorący miłosny hymn (smark) sceny grime (bez smarków), czyli This Is The Girl z udziałem Kano, u którego Craig ma chyba do spłacenia wielki dług wdzięczności. To przecież Kane Robinson przywrócił do normalnego obiegu i pomógł odzyskać twarz. I nie na darmo nadstawiał karku dla Davida. Krejdżina W KOŃCU wzieła się w garść i wydoroślała. To już nie jest chłopaczek wskakujący do jacuzzi pod nieobecność rodziców swojej dziewczwyny (patrz Fill Me In). Na Trust me można usłyszeć mężczyznę, który przeżył swoje w showbiznesie, pozbył się kompleksów, a teraz jest wreszcie pewien siebie, gotów bronić swojego nowego materiału. Wprawdzie nigdy nie będzie on Maxwellem, Pattersonem czy innym Johnem Legendem, myśl o tym już dawno pochowałam, odśpiewawszy uprzednio nad nią żałobną piesń, JEDNAK Craig David jest w stanie nagrać dobry, równy album przy którym może nie objawi ci się Kriszna i nie dotrzesz do zakamarków swojej duszy, ale przynajmniej miło spędzisz kilka niezobowiązujących chwil. Dla nich warto zaufać Krejdżinie. Trust me to jego najbardziej konsekwentny album od czasów Born To Do It. Sprawdź i zaufaj mu ściągając stąd jego najnowsze wydawnictwo, albo kupując wlasną kopię.




Tracklist:

01. Hot Stuff (Let's Dance)
02. 6 Of 1 Thing
03. Friday Night
04. Awkward
05. Just A Reminder
06. Officially Yours
07. Kinda Girl For Me
08. She's On Fire
09. Don't Play With Our Love
10. Top Of The Hill
11. This Is The Girl

niedziela, listopada 11, 2007

Ledisi - Lost & Found [DL]

Dla wszystkich fanów soulu i delikatnego soulu z jazzowymi naleciałościami mamy dobrą wiadomość. Jill Scott, Erykah Badu, Angie Stone czy Alicia Keys zyskały godną konkurentkę. Charyzma, doskonały głos i świetne teksty - poznajcie Ledisi.
Ledisi Young nie jest w żadnym wypadku debiutantką. Na niezależnej scenie muzyki soulowej spędziła już wiele, wiele lat, mając na koncie dwie udane płyty - "Soulsinger" (2000) i "Feeling Orange But Sometimes Blue" (2002), obie wydane w założonym przez siebie labelu LeSun Records. Nagrywała u boku Boney Jamesa, Maysy, Raphaela Saadiqa czy Miguela Migsa. Teraz dla Ledisi nadszedł czas na wyjście z podziemia. Nowy album wokalistki wydała wielce szanowana wytwórnia Verve Forecast. Tam nie trafiają przypadkowi ludzie, niech przykładem będzie Chris Botti.
"Lost & Found" to świadectwo dojrzałości i artystycznej klasy Ledisi. Wokalistka imponuje nie tylko doskonałym głosem, ale (a może przede wszystkim?) świetnymi tekstami. To nie są przypadkowo poskładane i zebrane do kupy słowa, tylko po to, żeby było co śpiewać do mikrofonu. Mamy do czynienia z prawdziwą poezją, ogromnym ładunkiem emocji, uczuć, pasji, złości, nadziei, smutku i rozczarowania. Gdy słuchamy przejmującego, prawdziwie poruszającego "Lost & Found (Find Me)", z miejsca popadamy w pochmurny nastrój. Ale wystarczy puścić rozpoczynające płytę "Joy" i wraca optymizm, nadzieja, pogoda ducha i perspektywa lepszego jutra. To nie są teksty i to nie jest muzyka, obok której możemy przejść obojętnie. Albo dasz się jej porwać w pełni, albo nie ruszaj w ogóle. Szkoda czasu - zarówno Twojego drogi czytelniku i potencjalny słuchaczu, oraz artystki, która w pracę nad tym albumem włożyła całe swoje serce.
Parę słów o muzyce. W ogromnej większości jej autorem jest Rex Rideout. Brzmienie jest oszczędne, nieprzekombinowane. Na bazie jazzu, soulu z domieszką funku i bluesa udało się producentom uzyskać groove i feeling, charakteryzujący prawdziwie "czarne" pozycje z najwyższej półki.

Niestety - nie ma róży bez kolców. W Polsce albumu póki co w sklepach nie znajdziecie, ponieważ jego potencjalny dystrybutor (przemilczymy kto) najwyraźniej nie widzi potrzeby sprowadzania pozycji ciut bardziej ambitnych, niż obecne w jego katalogu Doda, Sugababes, Mandaryna itd. Podobny los spotkał zresztą Angie Stone. Szkoda. Po prostu szkoda.

Ale jak zwykle my was uratujemy :)

Tracklist
1. Been Here (Intro)
2. Joy
3. You And Me
4. Best Friend
5. Alright
6. Think Of You
7. Today
8. Get To Know You
9. Upside Down
10. In The Morning
11. I Tried
12. Lost And Found
13. We Are One
14. One, The
15. Someday
16. Been Here (Outro)



sobota, października 06, 2007

Throwback album: Masta Ace

Mam swoje upodobania co do płyt, których słucham w samochodzie. Na przykłada za miastem zupełnie nie odpowiada mi hip hop. Jadąc polskimi drogami w tych jesiennych krajobrazach najprzyjeniej słucha mi się soulowych diw i ich obszernych utworów zawierających w sobie wszystko co cieszy oko, ale także mega rockowych hitów o które sama bym się nie podejrzewała. Przyznaje się do tego, że fajnie brzmią mi wśród polskich pól takie utwory jak np "Mama, I'm coming home" Ozzy'ego czy "Crazy" Gnarls Barkley. W pierwszej dziesiątce znalazłaby się też na pewno Angie Stone z utworem "Life Goes On". Ale to za miastem. W mieście, w którym z zamiłowaniem spędzam 90% swojego życia, dobór ścieżki dźwiękowej do samochodu mam zupełnie inny. Mam i Beyonce i Justina i Erykah i Musiqa. No, przeróżności. O boże, zabijcie mnie - na mojej super składance mam nawet Rihannę. Mam też klilka płyt-mixów od mojego chłopaka z oldschoolowym hip hopem. W mieście hip hop to mus. Nawet jak go człowiek włączy w maluchu to czuje się ważny jakby sunął conajmniej GMC Yukon Denali. Jeśli chodzi o całe płyty hip hopowe, które w moich kategoriach nadają się do słuchania od początku do końca to jest takich niewiele. Na pewno jakieś Commony, Nasy, Kanye i pare takich beściaków. Dzisiaj chciałam wam polecić płytę, która mimo tego, że mało znana topuje w moim rankingu płyt hip hopowych do samochodu (no i w generalnym też sobie nieźle radzi).

O Masta Ace nie będę się rozwodzić bo to nie clue tej recenzji. To raper starej szkoły - zaczynał pod koniec lat 80tych. Płyta, którą tu opiszę z pewnością nie jest jedyną godną polecenia w jego dorobku (warto wspomnieć choćby "Disposable Arts") ale to już zostawiam wam do odkrycia.

"A Long Hot Summer" wydane w 2004 roku ma jedną z najlepszych ogólnych koncepcji jakie moje uszy słyszały. Nic na tej płycie nie ma zbędnego, każdy skit jest częścią spójnej historii ciągnącej się od pierwszego do ostatniego utworu. Historia opowiadająca o undergroundowym raperze i jego podejrzanym znajomku przenosi nas w klimat gorącego lata w Brooklynie. Zróżnicowanie tematyczne płyty jest zaskakujące - jest tu krótka historia pewnej męsko-damskiej znajomości (Brooklyn Masala), historie o problemach biednych raperów (Da Grind), jest coś o ciemnych interesach w showbiznesie (The Ways), są zachwyty nad pięknem świata (Beautiful), jest hymn o nienawiści do ludzi i frustracji (F.A.Y.), historie prosto z trasy koncertowej (Travelocity), jest nawet coś o praniu (Soda & Soap) ;) Klimat płyty jest tak autentyczny, że słucham jej z zapartym tchem od początku do końca. Nie ma tu nic co można by wyrzucić bo posypałaby się cała historia i to jest w tej płycie powalające.

Album przepełniony jest gorączką i zaduchem gorącego lata w Nowym Jorku dlatego najlepiej słucha się jej właśnie o tej porze roku. To płyta dla tych, którym nie przeszkadza brud, hałas czy szemrani osobnicy z dziwnych dzielnic, bo wiedzą, że to wszystko jest częścią wielkomiejskiej stuktury. Na koniec dodam, że goście na płycie równiez nie zawodzą - wśród nich Edo G., The Beatnuts, Rahzel, Jean Grae czy Big Noyd.

Nie pozostaje mi nic jak zachęcić was to ściągnięcia tej płyty. Ach, dodam, że jeśli nie lubicie hip hopu to nie macie się co łudzić, że zrozumiecie co miałam na myśli pisząc tę recenzję.

P.S. Polecam Good Ol Love wyprodukowane przez 9th Wonder.

Tracklista

1. The Count (Interlude)
2. Big City
3. Good Ol Love
4. Fats Belvedere (Interlude)
5. Da Grind Feat. Apocalypse
6. H.O.O.D.
7. The Stoop (Interlude)
8. Beautiful
9. F.A.Y. Feta. Strick
10. Fats Crib (Interlude)
11. Soda & Soap Feat. Jean Grae
12. Do It Man Feat Big Noyd
13. Brooklyn Masala Feat. Leschea
14. The Proposition (Interlude)
15. Travelocity Feat. Punch&Words
16. The Ways
17. Wutuwankno Feat. Edo G.
18. The After Party (Interlude)
19. Oh My God Feat. The Beatnuts & Rahzel
20. Cellmate (Interlude)
21. Revelations

DOWNLOAD FROM SENDSPACE

DOWNLOAD FROM RAPIDSHARE

środa, września 19, 2007

Throwback album: T-Love - Long Way Back - DL

Tracklisting:
1 The Reel Love (Skit)
2 Swing Malindy
3 When You're Older (Ode To The Pickaninny)
4 Fortress (Of A Prophet)
5 Modern Magdalena (Skit)
6 Who Smoked Sunshine?
7 Intellectual Proptease
8 Seven - [Guest] Dwele
9 Non-Stop Toast (Skit)
10 Witch-Bitch?
11 Chiquita
12 Long Way Back - [Guest] Dwele
13 Wanna-Beez - [Guest] Chali 2na
14 Oh-So Suite (When Malindy Sings)

T-Love wypłynęła na scenie Los Angeles w latach 90. Jej prawdziwe imię to Tauna Taylor-Mendoza. Należała do Highways Crew, w której szeregach znajdowali się również członkowie The Pharcyde i Freestyle Fellowship. T-Love kilka razy lądowała w studiu, brała też udział w bitwach freestyle'owych zanim w końcu podpisała umowę z Capital w połowie lat 90tych jako duet Urban Pop. Ta wspólpraca nie zaowocowała wprawdzie żadnym albumem ale na pewno sprawiła, że raperka nauczyła się kilku rzeczy o muzycznym światku. Jej debiutancka epka Return of the B-Girl została wydana już przez jej własny label Pickaninny. Gościnnie udzielili się na niej Kool Keith, Jurassic 5, Chali 2na i Miles Tackett (Breakestra). Nie będąc pewną swoich szans w showbiznesie T-Love zaczęła udzielać się jako dziennikarka. Była wolnym strzelcem - pisała dla kilku magazynów hip-hopowych i wspomagała tworzenie książek It's Not About a Salary oraz Girl Power. W międzyczasie jej epka zyskała małe uznanie w Stanach. O wiele lepiej płytę przyjęto za granicą. To spowodowałe, że T-Love zdecydowała się na przeprowadzkę do Wielkiej Brytanii. I to właśnie tam wydany został jej debiutancki album Long Way Back. Album ten to udana mieszanka słowa mówionego, jazzu i standardów hip-hopowych. Jest zdecydowanie inspirowana muzyką jej poprzedniczek - Eryki Badu, Lauryn Hill czy Indii Arie, posiada jednak zdrową dawkę indywidualizmu i charakteru. Love ma wyjątkowe zdolności operowania głosem jak instrumentem; jej śpiew przypomina współczesne wokalistki jazzowe takie jak Melba Moore czy Diana Krall. T-Love jednak zmienia styl z kawałka na kawałek - raz jest raperką, raz poetką, raz wokalistką. Clue całego albumu to moim zdaniem utwór Seven - duet z Dwele. Niesamowite zgranie ich głosów i klimat jaki wprowadzają do tego utworu udaje się osiągnąc niewielu współpracującym ze sobą artystom. Zresztą...


SAMI SPRAWDŹCIE

piątek, września 14, 2007

Soulshit recenzuje: Me'Shell NdegéOcello - The World Has Made Me The Man Of My Dreams



Nowy album Me'Shell NdegéOcello o bardzo rozbudowanym, poetyckim tytule The World Has Made Me The Man Of My Dreams bije na głowę wiele albumów z metką soul/funk wydanych w tym roku. Jedyna w swoim rodzaju, multiinstrumetalistka, wokalistka, producentka. Jej najnowszy album (7 z kolei?) to połączenie muzyki soul, czy funk z rockowym brzmieniem. Genialny Sloganeer, z zaangażowanym tekstem, bez zaowalowania opowiada o obłudzie, zakłamaniu, religii. Mocny początek. Rozbrajaja mnie perkusja i gitarowe riffy. Meshell opowiada o drodze do raju. Ona robi to w niepowtarzalny sposób. Kolejny utwór Evolution spokojnie mógłby znaleźć się na jej poprzednim wydawnictwie solowym Comfort Woman z 2003 roku, klimaty dubowe, wyrazista gitara basowa, kojący wokal. Kolejne mistyczne wyznania czarnoskórej artystki. Lovely Lovely utrymany jest w podbnych klimatach muzycznych. Kto dzisiaj nagrywa taki soul? Elliptical niesie kolejne mesjanistyczne wersety Meshell. Mam wrażenie przestrzenności tej muzyki, jest dla mnie wielowarstwowa i głęboka. Gitarowe Shirk to ukłon w stronę genialnego Bitter z 1999. Słychać inspirację Afryką. Bardzo subtelnie, nastrojowo, piękne. Article 3 kontynuuje wątek plemienny, tudzież ludyczny. Trochę nie rozumiem tego utworu, w szczególności wersów o uwielbieniu kreacji. Michelle Johnson to jeden z głównych gwoździ programu na The World Has Made Me The Man Of My Dreams. Bardzo podoba mi się przesłanie, które niesie ten kawałek. Dawno nie słyszałem tak prawdziwych wypowiedzi w muzyce, muzycznie Meshell sięga do ostrzejszych brzmień, gitara, perkusja... by w końcówce utworu wprowadzić nas w 4 wymiar dźwięku... Krótkie Headline, ale i treściwe. Muzycznie robi się bardzo ciekawie, powiedziałbym, że garażowo i mrocznie. Solomon to kawałek z pozytywnym przesłaniem o macierzyństwie, bez żenady, szczerze. Meshell dedykuje ten utwór swojemu synowi, nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wychowuje dziecko w związku homoseksualnym. Piękna kołysanka. Gorzkie Relief (A Stripper Classic) to mój ulbuiony moment na płycie. Utwór bardzo gorzki, przejmujący, chwyta. Meshell wydaje się być pogodzona ze sobą, nie kąsi jadem, brzmi wiarygodnie i do bólu szczerze. Bonusowy A Different Girl (Every Night) to godny nastepca swojego poprzednika. Świetna aranżacja, przypomina mi pewien utwór z płyty Hird - Moving On.
Podsumowując, The World Has Made Me The Man Of My Dreams nie zaskakuje. Kolejna świetna płyta Meshell. Artystka powraca w mroczniejszym wydaniu. Płyta bardzo spójna, klei się w porządną całość. Perfekcyjna aranżacja (z tego powodu opóźniono wydanie LP o kilka miesięcy). Polecam fanom dobrej muzyki. Gorąco.

wtorek, września 04, 2007

Kano - London Town - Recenzja

Kano wraz ze swoim debiutanckim Home Sweet Home miał mocne wejście. Krytyka nie szczędziła mu ochów i achów, po pleckach klepali go koledzy po fachu tacy jak np. Busta Rhymes, Nas, Andre 3000 czy Chuck D z legendarnego Public Enemy. Obok Dizzee'ego Rascala stał się największą gwiazdą sceny grime. 10 września powraca z nowym albumem zatytułowanym London Town, który wyciekł już jakiś czas temu i teraz swobodnie lata sobie po sieci. A my możemy już wydać wyrok na Kano. I tak brzmi on: winny. Niestety nowe dzieło Kano nie dorasta swojemu poprzednikowi do pięt, jedynie może do podbicia. Nie jest to jednak zły album. Są tu mocne fragmenty jak np. utwór tytułowy, szalony Bad Boy, refleksyjne (!) This Is My Life oraz Over & Over przypominające trochę moje ukochane Sometimes z pierwszej plyty. Znajdziemy tu także ciekawe kolaboracje m.in. z sezonową sensacją z Wysp, Kate Nash (gdyby Wyspiarze średnio, co 3 miesiące nie wynajdywali sobie kogos nowego i sensacyjnego, zaczęlabym martwić się o ich morale), z Damomen The Gorillaz Albarnem, czy powstałym z prochów Craigiem Davidem w This Is The Girl, który to utwór ewidentnie wybija się spośród pozostałych potencjałem komercyjnym. W Fightin' The Nation Kano sam na chwilę wciela się w wokalistę. Efekt, choc dyskusyjny, ma swój urok. Jednak ogolnie rzecz biorąc, na London Town ciężar gatunkowy gdzieś się zapodział, nie ma tu tego kopa, jaki mial debiutancki album, zabraklo nieco oryginalnosci i coś nie pachnie tu świeżoscią. Czy to zadyszka spowodowana wejściem na salony, która zawsze odbiera trochę na autentycznosci czy syndrom drugiego albumu? Może komplet. Ja jednak mam nadzieję, że tylko to drugie. Nie będę dawać gwiazdek, czy ocen, bo to jest takie szkolne, a ja nigdy nie lubilam szkoly. Ale jesli pytanie brzmialoby: tegoroczny Rascal czy tegoroczny Kano ? Obiektywnie wskazalabym Dizzee'ego. Subiektywnie zawsze wybiorę Kano, nawet gdyby rapowal ksiażkę telefoniczną do dzwięków rozładowywanej zmywarki do naczyń. Jestem słaba, ponieważ mimo wszystko, chlopak ma niezaprzeczalny urok.

Dla przypomnienia This Is The Girl :


Jesli nie doleciał do Was jeszcze London Town, to możecie go sciągnąć tutaj.

piątek, sierpnia 31, 2007

Kanye West - Graduation - Recenzja


3 studyjny album Kanye Westa, jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 2007. Album szeroko komentowany przez media, do niedawna internet zalewały plotki o tym, że Kanye nieustannie szlifuje materiał. Mama Kanye zarzekała się w wywiadach, że album jest najlepszy pod względem lirycznym, oliwy do ognia dodało wuwołanie konfliktu między Kanye a 50 Centem, o to, który z nich sprzeda większą ilość płyt 11 września, gdyż taka jest oficjalna data wydania krążków. Oba albumy wczoraj wypłynęły na fale internetu.
Gratuation otwiera Good Morning, melodyjne chórki wraz z rytmicznym podkładem, który niesie za sobą skojarzenia z utworem Breathe - Massiva Attack. Doskonały początek albumu. Champion to Kanye w pełnej okazałości, funkujacy beat, chwytliwy refren pozytywny przekaz, aż dziwne, że West nie pokusił się o dodanie swoich ulubionych "chipmunków". Stronger to nowa jakość w twórczosci Kanye, rozwalają sample z klasycznego Harder Better Faster Stronger Daft Punk, rozwala arogancja rapera, z której jest znany. Stronger to jeden z najjaśniejszych numerów na Graduation, myślałem, że album, jako całość będzie mash-upem elektronicznych beatow z old-schoolowymi samplami. I wonder nie porywa. Ciekawy beat, zbyt powtarzalne wokale w tle. Good Life to kandydat na 2/3 singiel z albumu, pozapowiedziach, że będzie samplowany tu Michael Jackson z jego P.Y.T, liczyłem na szalony funk,a tymczasem mamy bujające mid-tempo (i szalone chipmunki). Kanye wspomaga T-Pain, ostatnio rozchwytywany. Jeden z moich ulbuinych momentów na Graduation. Can`t tell me nothin` jest już zupełnie leniwe i w zasadzie nie wyróżnia się niczym specjalnym, ciekawie samplowany wokal podkładzie to za mało, by wyszedł fajny kawałek. Barry Bonds to kompletne nieporozumienie, utwór któryu nie przystoi Kanye. Nic ciekawego nie dzieje się w warstwie muzycznej, Lil`Wayne nie uratował tego utworu. Kolejny słaby utwór, to Drunk And Hot Girls, ponad 5minutowa oda, z udzialem Mos Defa, brzmi momentami jak pijacki lament. Flashing Lights z Dwele to świetny kawałek, podkład robitu swoje, głęboki tembr głosu Dwele, czynia kawałek całkiem znośnym. Everything I Am z doskonałymi scratchami DJa Premiera, pianino + scratching najlepszego Dla to jest to! The Glory to radosny kawałek i w końcu doczekałem się wiewiórek! (chipmink), ale kawałek nie powala, jest przeciętny. Homecoming to najlepszy kawałek, prócz singlowego Stronger, na Graduation. Kanye wspomagany, producencko przez Chrisa Martina z Coldplay brzmi świeżo. Klawiszowy podkład, sielankowy wokal Chrisa i chwytliwa melodia, wszystkie te elementy składają się na bardzo pogodny utwór, którego można słuchać na okrągło. Album zamyka Big Brother, dedykowany Jay-Z, który uwazany jest przez Kanye za swojego mentora, jak zapowiadał Kanye, jest to jeden z najważniejszych numerów jego dyskografii. Gitarowe riffy pobrzmiewające w tle, melancholijna linia melodyczna i ckliwe wyznania pod adresem Jigga, nie kupuję tego.
Album jako całość nie istnieje. Kanye, z jednej strony nie podniósł poprzeczki, a z drugiej nie powtórzył się. Plusem jest to, że nawijki Westa są lepsze, brzmi pewniej i ciekawiej. Muzycznie, wypada średnio,ale nie zapominajmy, że to wciąż hip-hop, w porównaniu do obecnej sceny hip-hopowej w USA, jest świetnie.

Oceniam album: 3.5/5.0

wtorek, lipca 24, 2007

Osiedlowa elegantka - recenzja płyty Kelly Rowland

Osiedlowa elegantka


Kelly Rowland, najbardziej niedoceniona wokalistka ocalała z Destiny’s Child dostaje druga szansę.


Ma dużo do udowodnienia. Pierwsza solowa płyta Kelly była rozczarowaniem. Zdecydowanie blednącym przy dokonaniach macierzystej grupy, czy tej której się powiodło – Beyonce Knowles. Beyonce duetem z Jayem-Z zapoczątkowała serię numerów jeden, panna Kelly strzeliła celnie raz, zresztą też w duecie, z oklejonymi plastrami raperem Nellym, co zilustrowano teledyskiem o sąsiedzkim romansie. Znamiennie. Bo o ile Beyonce pozuje na wyniosłą, pretensjonalną diwę, o tyle Rowland jest osiedlową elegantką, poczciwą dziewczyną z podwórka obok. Pech, że nie ma przy sobie utalentowanego narzeczonego, który trząsłby hiphopowym biznesem. Zachowała za to naturalny wdzięk, odzyskała zdrowy rozsądek. „Ms. Kelly” to rzecz spójna, Rowland koncentruje się na efektownym r&b. I tylko wciąż brakuje przeboju, który wywindowałby wokalistkę na zasłużoną pozycję.


Angelika Kucińska dla tygodnika „Przekrój”


Płyta otrzymała 3 na 6 kropek. Jak na wymagający "Przekrój" to całkiem nieźle ;)