niedziela, grudnia 30, 2007

Podsumowanie roku 2007 w czarnej muzyce

Przed wami muzyczne podsumowanie roku autorstwa souljunkie oraz najlepsze albumy 2007 roku wybrane przez redaktorów The Soul Bowl.

souljunkie (soulshit)

Rok 2007 nie był zły, ani dobry. Był przyzwoity. Do przyzwoitych należy zaliczyć nowe albumy Alicii Keys, Mary J. Blige, Kanye i Commona. Poniżej przeciętności uplasował się niestety Will.I.Am i Angie Stone, która zawiodła na całej linii swoim nowym albumem. 2007 rok upłynął dla mnie na odkrywaniu na nowe najlepszych albumów z 2006 roku, największym odkryciem jest dla mnie o dziwo Amy Winehouse, od której mnie odrzuciło w 2006, album Beyonce nie okazał się jednak kompletna klapa, a i Justin wałkowany był jeszcze do wakacji. Najważniejszym albumem 2007 jest wg mnie "Kala" M.I.A., nie wiem, czy to do koca jest czarna muzyka, ale pomijając klasyfikacje gatunkowe, trzeba przyznać, że "Kala" to najświeższy album 2007, Nieprzewidywalna, roztańczona płyta. Za dużo na niej słychać, by się tu rozpisywać, M.I.A. z łatwością przebiła debiut, nagrywając porażający album, świadomy, poważny, niepokojący apel o demokracji trzeciego świata. Słucha się tego z mieszanym uczuciem, fascynację zabija niepokój. Nowoczesność wygryza tu etnika, itp. Dla tych, którzy nie zanją polecam nieocenzurowane wideo do "Paper Planes", jeden z najlepszych momentów na płycie. Ważnym albumem 2007 jest "Gradutaion" Kanye Westa, pisalem recenzję na starym soulbowlu, ale nie pasuje mi tu mała spójność albumu i słychać jakieś wewnętrzne rozdarcie Westa między futurystycznym brzmieniem "Stronger", a swojskim "Homecoming", swoja droga najlepsze utwory płyty. Piękną płytę nagrała Alicia Keys, jest na niej wszystko, to co u Alicii kocham - soul, melodia, historia. Nie pokazała w sumie nic nowego, kolaboracje Z Lindą Perry, wyszły jej na dobre, jednak brzmią jak rozwinięcie kierunku obranego przez Aguilerę na Stripped. W efekcie dostajemy poprawny, świetny album, wypełniony ładnymi kompozycjami, pięknie to zaśpiewany, z uczuciem. Alicia pokazała swój głos trochę z innej strony, Nie mogę się przyczepić do niczego, ale liczyłem na więcej. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie trzeci krążek Rahsaana Pattersona - "Wines & Spirits". Z takim głosem, z takimi kompozycjami stawiam go na równi z zamilkłym Maxwellem czy D`. Rahsaan Patterson przypomina wokalnie Raphaela Saadiqa z Detroit, muzycznie również nie odbiega od wyżej wymienionych. Bardzo melodyjna płyta, na której słychać wiele czarnych smaczków. Powróciła Jill Scott, na "The Real Thing". Niby poprawne wydawnictwo, ale kłóci mi się promiskuityczna Jill Scott z Jill z 2001 roku. Miłym zaskoczeniem była płyta Keyshii Cole, spełnia ona standardy współczesnego r&b, ale niestety nie ma tu rewelacji na miarę nowej Mary J Blige, która powróciła ze świetnym krążkiem, czego nie spodziewało się zbyt wielu po obsypanym nagrodami "The Breakthrough". Prawdziwą perłą 2007 roku jest nowe wydawnictwo Me`shell NdegeOcello. Tajemnicza płyta, pełna smaczków, zapożyczeń stylistycznych i jak zwykle zaskakująca pod względem lirycznym, czego można się spodziewać po enigmatycznym tytule dzieła "The world has mad me a man of my dreams". Niestety były też wydawnictwa poniżej moich oczekiwań. Najnowszy album Angie Stone stawia artystkę w bardzo niekorzystnym świetle, gdyż od swojego debiutu każda jej następna płyta jest gorsza, czyżby jednak D`Angelo miał na nią aż tak zbawienny wpływ? Will.I.Am po genialnych przebłyskach na albumie Johna Legenda ("Save Room"), czy Kelis ("What`s dat right here", "Weekends") dał mi wiarę w jego możliwości producenckie, jednak jego solówka cierpi na brak laku, na wewnętrzną inercję, dzieje się tu za dużo i za mało, w jednym momencie. Całość zlewa się w jedną masę i nie wybijają się żadne perły. Podobnie Common, na jego "Finding Forever" słychać syndrom drugiej płyty, paradoksalnie, nagrał kontynuację genialnego "Be", co niestety nie wysuwa go na piedestały, jedynie gruntuje jego pozycję na rynku. 2007 to rok niespełnionych powrotów: nie wydali nowych krążków: Mariah Carey, Maxwell, D`, Lauryn Hill, Raphael Saadiq, Eve. Kilku artystów zaliczyło flopa: Eve, Nicole z Pussycat Dolls, Will.I.Am. W ostatnich tygodniach grudnia, zaczęły połyskiwać zapomniane gwiazdy, niosąc nadzieję na 2008 rok. Nowy singiel Janet Jackson, zapowiada całkiem udany powrót, remiksy przygotowane na re-edycję "Thrillera" Michaela Jacksona, wniosły nową jakoś do ponadczasowych klasyków, szczególnie P.Y.T. w remiksie Will.I.Ama (Sic!) i Billie Jean w wersji Kanye Westa. Z niecierpliwością czekam na nowy album Eryki Badu - do 26 lutego zostało tylko 2 miesiące, a "Honey" jest bardzo słodkim kąskiem. Liczę też na moją faworytkę- Mariah Carey, ale pożyjemy, zobaczymy. A najprędzej zobaczycie tutaj. Szukaj najgorętszych newsów na łamach The Soul Bowl.

Top 5 souljunkie


1. M.I.A. "Kala"
2. Kanye West "Graduation"
3. Alicia Keys "As I Am"
4. Rahsaan Patterson "Wines & Spirits"
5. Meshell Ndegeocello "The world has made me the man of my dreams"

Emm!


Oto moim zdaniem najlepsze krążki 2007 roku. Łatwo nie było, zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. czarne dźwięki. W tym roku trochę mnie one rozczarowały.

01. M.I.A "Kala" - Największy zjazd po bandzie tego roku. Absolutnie muzyczne wariactwo, które osiągnęło zarówno sukces artystyczny, jaki i komercyjny.

02. Klaxons "Myths of the Near Future" - Album Klaxons to obowiązkowa podróż, w którą trzeba było zabrać się w tym roku. Wbrew pozorom uważam Klaxonów za bardzo soulowy zespół. Ich chórki są bardzo Timberlakowe, a i sami panowie przepadają podobnież za uk garagem i Craigiem Davidem.

03. Dizzee Rascal "Maths + English" - Dizzee nigdy nie zawodzi, w odróżnieniu od innych hip-hopaków. Jak zwykle soczysty i solidny. No i zaliczył Babie Doły.

04. Blu & Exile "Below the Heavens" - Mięsisty kawałek dla wymagających, choć niekoniecznie stricte hip-hopowych słuchaczy. Ten album ma wszystko to, co powinna zawierać dobra płyta.

05. Lupe Fiasco "The Cool" - Ostatnią pozycję w moim rankingu Lupe zawdzięcza później premierze swojego albumu, która spowodowała to, że jeszcze odpowiednio się w niego nie wsłuchałam. Po prostu.

Pozwaliłam wyróżnić sobie także 2 single A.D. 2007:
Kano "This Is The Girl" (feat. Craig David) - za to, że moi dwaj ulubieni chłopcy połączyli się, by nagrać takiego miłosnego dynamita, ale bez smarków.
Kanye West "Stronger" (feat. Daft Punk) - za jak zwykle mistrzowskie zapożyczanie od innych.


Fylyp

1. Kelly Rowland "Ms. Kelly"
2. Joss Stone "Introducing Joss Stone"
3. Mary J. Blige "Growing Pains"
4. Amerie "Because I Love It"
5. Chrisette Michele "I Am"

aaktt

Na samym wstępie pragnę nadmienić, iż rok 2007 mimo, że przyniósł nam wiele przezacnych nowych i jakże wysmakowanych produkcji, to były to nie do końca produkcje wywodzące się z nurtu muzyki afroamerykańskiej, stąd moje szeroko pojęte obiekcje dotyczące wyboru pięciu najlepszych, w mojej opinii, krążków mijających 12 miesięcy. Dodam również, że nie chcąc powtarzać typów współtwórców tego bloga, wybór mój ograniczył się jeszcze bardziej. Poza przedstawioną przeze mnie poniżej piątką, chciałbym uhonorować także kilku innych artystów. Mianowicie: nowy album M.I.A. trudno nazwać ulubionym, jest to raczej rodzaj pewnej muzycznej choroby, na którą zapada każdy uważny słuchacz, po sięgnięciu po ten krążek. Kala odsłania przed słuchaczami nowe horyzonty, dlatego jest tak rozchwytywana i doceniana. Jest to niewątpliwie ciekawa płyta i godny następca Arular, z czym jednak M.I.A. miała o tyle prostsze zadanie, że pierwszy album nie osiągnął na tyle dużego komercyjnego sukcesu, aby znajdowała się pod jakąkolwiek twórczą presją i mogła ulec presji drugiego albumu. Warto wspomnieć też niejakiego kanYeWest'a, który wygranym z 50 Centem "pojedynkiem" i albumem Graduation ugruntował swoją pozycję na amerykańskiej scenie hip-hop. Krążek nie jest niczym, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. kanYe balansujący wcześniej na granicy alternatywy, wszedł tym razem w świat popu i mainstreamu, o czym świadczy sukces albumu i wyniki sprzedaży. Album jest niewątpliwie ciekawy, ale w mojej opinii nie udaje mu się przebić ani debiutanckiego The College Dropout, ani tym bardziej znakomitego sophomore'a - laTeRegistration. Wspominając o roku 2007 nie można zapomnieć o Amy Winehouse, która z pomocą jej 2006 albumu Back To Black osiągnęła międzynarodowy sukces. Wspólnie uznaliśmy, że nie ma sensu, aby każdy z nas umieszczał w swoim top 5, ten krążek, mimo, że bez wątpienia wszyscy szanujemy Amy i cenimy jej muzykę. Ponadto jest to album, który pochodzi, jakby na to nie patrzeć, z końcówki roku poprzedniego, a fakt, że Amerykanie odkryli go dopiero tego roku, niczego nie zmienia. Tak więc wybacz Amy, dla nas jesteś zeszłoroczna! Przejdźmy więc do właściwej piątki. Kolejność nie jest do końca przypadkowa. Jednakże nie ułożyłem albumów wg stopnia genialności, ale wg poziomu moich własnych pozytywnych odczuć.

1. Janelle Monae "Metropolis: Suite I Of IV: The Chase" - Janelle nie tylko zaskoczyła wszystkich wydaniem świetnego debiutanckiego ep, ale także rozczarowała znikomą ilością nowego materiału i brakiem promocji krążka poza Internetem. Album wydany został w bardzo małym nakładzie przez Wondaland Arts Society i można było zakupić go jedynie za pośrednictwem internetu na oficjalnej stronie artystki. Ponadto album ma ukazać się w czterech częściach, złożony ma być z czterech ep. Tego lata otrzymaliśmy pierwsze z nich zatytułowane The Chase. Po ponad rocznym oczekiwaniu na debiutancki krążek i pojawieniu się w sieci pierwotnej wersji Metropolis, wydawało się, że młoda wokalistka z Atlanty nic ciekawego już nie wymyśli. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy to długo oczekiwany krążek okazał się tzw. concept album i otrzymany był w iście kosmicznych klimatach. Muzycznie J utrzymała swój materiał w samozwańczym nurcie Futuristic Rock'n'roll, który można opisać jako połączenie współczesnego r'n'b, electro, rock'n'rolla i doo-wopu. Pierwszy singiel (niestety z niezrealizowanym do dzisiaj klipem) Violet Stars Happy Hunting! oraz cztery pozostałe kawałki brzmią zdecydowanie bardziej świeżo i odkrywczo niż zachwalana i rekomendowana przez wszystkich M.I.A. Po prostu jeszcze nie słyszeli Janelle...

2. Trey Songz "Trey Day" - Trey Songz wrócił z drugim albumem. Pierwszy przechodząc prawie bez echa i nie pokrywając się nawet w USA niczym konkretnym, dał słuchaczom pewną nadzieję. Mianowicie przedstawił dobrze zapowiadającego się młodego wokalistę contemporary r'n'b. Wokalista ten nie zamierzał się poddać i nagrał drugi krążek. Bez presji drugiego albumu, wyszło mu to całkiem dobrze. Promowany przez niezbyt dobrze przyjęty pierwszy singiel Wonder Woman (zresztą całkiem niesłusznie, bo to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów na krążku), album debiutował na #11 listy Billboardu, co było awansem w stosunku do #20 debiutu. Drugi singiel Can't Help But Wait wskazał słuchaczom na komercyjny profil albumu, docierając do #2 Billboard R'n'b i #14 Hot 100. To właśnie dzięki temu kawałkowi bliżej zainteresowałem się twórczością tego pana. Album to co prawda kolejna komercyjna płyta r'n'b, ale brzmi ona zdecydowanie bardziej świeżo niż bardzo wymiętolony Joe czy nieświeży Tyrese. Krążek wypełniają slow-jamy, nie znajdziemy tu raczej typowych bangerów. Kawałki są jednak rytmiczne, mają ciekawe bity i nie wydają się nudne przez pierwszych 10 przesłuchań, jak to zwykło bywać przy tego typu produkcjach. Testy to głównie westchnienia i rozterki autora wynikające z potrzeby miłości i seksu. Moje typy to: Wonder Woman, No Clothes On, Sex For Yo Stereo, Can't Help But Wait i Missin' You.

3. Rahsaan Patterson "Wines & Spirits" - Jeśli Rahsaan Patterson byłby kobietą, to pewnie brzmiały jak połączenie Eryki Badu i Niny Simone. Mniej więcej w podobnych klimatach utrzymany jest jego nowy krążek. Patrząc przez pryzmat historii muzyki soul, nie jest to nic odkrywczego, przełomowego, wartego zaznaczenia na muzycznej mapie. Album jest po prostu miły dla ucha. Miły jak wyżej wspomniani Trey Songz czy kanYeWest. Dużym plusem pan Pattersona jest to, że potrafi być dynamiczny i pokazać pazur, co często nie ma miejsca na tego typu krążkach. Słychać do doskonale w genialnym Pitch Black. Płyta ma wiele mocnych punktów jak przecudowna melancholijna letnio-jesienna ballada Stars, imprezowy inspirowany starymi nagraniami adapterowymi Delirium (Comes And Goes) czy otwierający album Cloud 9. Na pewno nie jest nim natomiast pierwszy singiel Stop Breaking My Heart, który mimo wszystko przyzwoicie radzi sobie na amerykańskich listach przebojów R'n'b. Album trudno nazwać undergroundem czy alternatywą. Jest to raczej soul w stylu Eryki Badu otwarty na mainstream i dużo czerpiący z podobnych gatunków.

4. Norah Jones "Not Too Late" - Państwo spytacie zapewne co robi tutaj pani Jones. Otóż problem wyboru pięciu albumów dał mi się bardzo we znaki i postanowiłem sięgnąć do zamierzchłego już stycznia 2007, kiedy to miała miejsce premiera Not Too Late. Płyta nie do końca czarna, ale jazzowa czy też jazzująca, a więc wywodząca się w pewien sposób z czarnej muzyki. Zresztą nie będę się tłumaczył z moich wyborów. Album znakomicie kontynuuje nurt, który śmiało można nazwać Norah Jones Music, a który zapoczątkowało hitowe Come Away With Me. Płyta co prawda nie dorównuje muzycznie, ani komercyjnie dwóm poprzednim krążkom, ale odkrywa przed słuchaczem trochę inną stronę artystki. Feels Like Home było raczej pogodne i słoneczne, Come Away With Me melancholijne i refleksyjne. Not Too Late poza tym, że brzmi podobnie ma jakiś bardzo pesymistyczny i mroczny wydźwięk, na ile oczywiście mroczna może być Norah Jones. Album promowany przez cztery nie do końca promowane single, w tym jeden jedyny Thinking About You znajdujący swoje miejsce na jakiejkolwiek liście przebojów. Wybór singli jednak należy stanowczo pochwalić, bo wybrano zdecydowanie najlepsze z nich - najmocniejszy kawałek na płycie Sinkin' Soon i zarazem drugi singiel podparty genialnym klipem, cudowne, aczkolwiek dość depresyjne My Dear Country i jesienne Until The End. Ponadto na uwagę zasługują także przede wszystkim Not My Friend, Wish I Could, Be My Somebody i tytułowe Not Too Late. Ciężko nie odnieść wrażenia, że krążek czerpie dużo z kabaretu i wodewilu, a także z amerykańskiego blues i country z Nashville. Inspiracje są szerokie, Norah jest jedna. Polecam!

5. Soulive "No Place Like Soul" - O ostatnim z pięciu albumów napiszę najmniej. Po pierwsze dlatego, że niedawno o nim wspominałem, a po drugie dlatego, że jest zbyt typowy, aby rozpisywać się o nim szeroko. Soulowe albumy często mają te wadę, że są zbyt spójne i pochłania się je jako jedną całość bez wczuwania się w każdy z utworów i przeżywania ich razem z artystą. Muszę niestety przyznać, że z nim jest podobnie. Płyta jest miła dla ucha, ale nie powoduje, że przez ciało przechodzi dreszcz, a po policzkach spływają łzy. Powoduje za to miły smooth jazzowy nastrój. Na pierwszy ogień rzuca się pierwszy kawałek Waterfall, który jest chyba najbardziej reprezentatywny z całego krążka. Zaraz później godnymi polecenia (wg mnie) są Comfort, instrumentale Outrage, wyróżniające się gospelowe Never Know, reggaesoulowe (!) If This World Was A Song i bardzo lennykravitzowe Kim. Album trzeba dogłębnie rozpracować, aby jego słuchanie stało się przyjemne i pożyteczne. Pochłanianie całości jednym ciągiem grozi chroniczną niewiedzą nt tego, czego przed chwilą się słuchało.

Miejmy nadzieję, że rok 2008 będzie bardziej owocny w czarne wydawnictwa muzyczne i że długo oczekiwane powroty Eryki Badu, Lauryn Hill, Maxwella, Ashanti, Toni Braxton, Ushera, Mariah Carey czy D'Angelo dojdą w końcu do skutku. Na koniec dodam, że miniony rok był na tyle ubogi w dobre albumy rap, że nie potrafiłem wybrać żadnego do mojego top 5, mimo, że bardzo się starałem i nawet poświęciłem się przesłuchując nowego T.I.'a do końca!

Siostra

1. Jill Scott "The Real Thing" - Dojrzały, zmysłowy, seksowny, prawdziwy materiał z duszą. Do tego nieziemskie wokale. Jak Jill to robi, że nie chwaląc się głosem, we wszystkich utworach mnie powala?

2. Sharon Jones and the Dap-Kings "100 Days, 100 Nights" - Królowa udergrounowego soulu. Na żywo podobno ogień a na płycie wcale nie gorzej. The Dap-Kings z kolei pokazują, że nie są tylko bandem od Amy Winehouse ale pełnoprawnym zespołem, który nie ginie przy żadnej wokalistce.

3. Eric Roberson "Left" - Wypuszczony na początku roku album tak zapadł mi w pamięć, że nie dorównał mu żaden inny soulowy krążek wydany przez mężczyznę. To żaden debiut - to już 5 album Erro - kolejny harmonijny, nowatorski i odświeżający kawałek wspólczesnego soulu, ktorego warto skosztować.

4. Emily King "East Side Story" - Zdecydowanie jeden z najlepszych debiutów około-soulowych tego roku. Emily zastąpiła mi zmanierowaną do granic Joss Stone, zaśpiewując z pasją piosenki ambitne i głębokie z odwołaniami do wielu wielkich poprzedników od the Beatles, poprzez Radiohead i Michaela Jacksona aż po Nasa.

5. Common "Finding Forever" - Common to klasyk, który sam sobie wyznacza ścieżki i bez względu na to czy nagrywa z Lily Allen czy z D'Angelo to jego utwory są na tym samym - najwyższym poziomie. Po "Be" obawiałam się trochę tego co Common nam zgotuje. On jednak nie obniżył lotów, dzięki czemu po raz pierwszy zaprowadził swój album na szczyty list Billboardu. Nareszcie i należycie. A! I był Krakowie. Za to też tu się znalazł.

Dodam, że największym nieporozumieniem roku jest dla mnie M.I.A., jej przereklamowana płyta i denerwujący singiel "Jimmy".

Z "parasolem" Rihanny też przesadzili - wcale tyle nie padało.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

*Janelle Monae - Metropolis: Suite I Of IV: The Chase
*Common - Finding Forever
*Eric Roberson - Left
*Anthony Hamilton - Southern Comfort

Single:
*Kanye West - Stronger
*Amerie - Take Control

Antysingiel:
*Will.I.Am - I Got It From My Mama

* pisze...

To byłam ja :P

Anonimowy pisze...

Tak, pewnie tak jest